mapa strony   |
RSS

Artykuły

 

Pierwszy przelot w moim życiu.

 

Opis opublikowany w PZI 2004

Imię i nazwisko: Kudaszewicz Tomek

Skrzydło: Airwave Logic DHV-1

Data: 17.05.2004

Trasa przelotu: Krywlany (Białystok) - Dobromil 12 (5km. za Bielskiem

Podlaskim przy drodze na Lublin)

Długość wykonanej trasy: 43,2 km

Czas przelotu: 2h 14 min

Rodzaj przelotu: Otwarty

Dokumentacja: Świadkowie startu (Paweł Biedka, Wojtek Bukojemski, Grzegorz

Płoński , świadkowie lądowania właściciel zajazdu "Mały Pekin" Dobromil 12

pan Zbyszek.

 

   Jest poniedziałek 17 maja 2004 otwieram oczy i widzę, że za oknem zapowiada

się piękny dzień, niebo jest prawie czyste, na horyzoncie znikają ostatnie

wałki chmur - pozostałość po chłodnym froncie, który przewalał się przez

weekend. Pomyślałem, że może w końcu uśmiechnie się szczęście i pełnię

szczęścia osiągnie kilku napalonych paralotniarzy z Białegostoku. Mamy

wielkie nadzieje. Udało się zgrać wolny dzień ja, Paweł i Wojtas który o

12.00 musi uciekać do pracy. Zbiórka na lotnisku godzina 8.30. Pospiesznie

rozkładamy sprzęt. Jako pierwszy holowany jest Wojtas i od razu widać jak

wznosi się na bezchmurnej jeszcze termice, wraca do nas po 30 minutach z

paroma fotkami, on jako jedyny nie może pozwolić sobie na przelot. Następni

w kolejce z rozpalonymi nadziejami gotowi do lotu nie mamy już tyle

szczęścia, holujemy na przemian mnie i Pawła po trzy razy z kolei i nic,

hole na niecałe 200 m. I w dodatku tyko duszenie. Kolejny lot Wojtasa i

znowu trafione w dziesiątkę. Wojtas po chwili jest już wysoko nad nami.

Powiedzmy krótko, los robi sobie z nas jaja, gotowi do przelotu ja i Pawlo

oglądamy tylko kolegę szybującego wysoko pod pięknym cumulusem. Wojti po

kilku wingoverach jest znowu na ziemi. Zaraz musi nas opuścić i pędzić do

pracy. Ja i Pawlo tracimy nadzieję na wspólny przelot. Ekipa holująca bez

Wojtka pozwoli wyholować tylko jednego z nas więc kto pierwszy ten lepszy.

Ubieram się jak na zimę i z nadzieją staję podpięty do liny. Jest 11.30 i

terma nabrała już mocy. Wystarczy trafić na holu w komin, wypiąć się i

jazda. Szczęście się uśmiecha i w połowie holu czuję że jest, czekam jeszcze

chwilę, na wario mam 220 m. i wyczepiam się. Słyszę jak wario pika, ale nie

będzie łatwo, muszę przeskoczyć las, a na wskaźniku wznoszenie 0,5-1 m.

Trochę to ryzykowne, ale muszę to zrobić. Jestem nad lasem i jest coraz

lepiej. Zgłaszam dla kolegów na ziemi, że odchodzę na przelot. Wszyscy

trzymają kciuki i słyszę przez radio "Tomek walcz, nie daj się, leć jak

najdalej". Skupiam się maksymalnie na centrowaniu komina i wreszcie mam 1000

m. Widoki są przepiękne i za plecami widzę cały Białystok jak na dłoni,

przede mną znajomy kościół w Turośni Kościelnej. 1400 m i czas przeskoczyć

pod inną chmurkę. Wciskam speeda i opadanie w strefie duszenia mam pokaźne,

ok. 3 m/s. Jedyne co dobre tracąc wysokość to to, że robi się coraz cieplej,

ale bez przesady 600 m to już przegięcie i w dodatku nadal nic nie nosi.

400... 300... jest niedobrze, szkoda bo 10 km to nie za wielkie osiągnięcie.

Słyszę Pawła przez radio i mówię mu że to chyba koniec, raczej siedzę.

Trudno, szosa jest nie daleko, a dobry kolega mieszka za Turośnią. 240 m i

wreszcie coś szarpnęło raz, drugi i mam małe noszenie. Trochę zakrętów i

znowu centruję, jest pięknie i jednocześnie znowu zimno. Przede mną rzeka

Narew, która w tym miejscu rozlewa się bardzo szeroko, a miejsca trawiaste

między odnogami błyszczą się co świadczy o terenie podmokłym, bagnistym, aż

strach pomyśleć o lądowaniu. Waham się, przelatywać czy nie, ale po kilku

minutach jestem dużo wyżej, jakieś 1200m i przelot nad rzeczką nie będzie

problemem. Ku memu zdziwieniu nad terenem zalanym wodą napotykam na coraz

mocniejsze noszenia 3,5 m/s to już standard, trochę rzuca ale nie jest to

nic groźnego.

Z góry zaczynam zauważać ze niektóre drogi są szutrowe , a inne wyraźnie

ciemniejsze asfaltowe, przede mną kilka wiosek ale ani śladów asfaltów.

Postanawiam poszukać jakiejs głównej drogi i wiem, że na lewo musi być szosa

na Lublin, więc wykręcam znowu jakieś 1500m i skręcam w lewo. Jest , widzę

cienką linię z małymi pędzącymi samochodzikami, obieram kierunek i po kilku

minutach jestem nad szosą. Po chwili orientuję się, że to za mała droga jak

na lubelską, za mocno kręta między wioseczkami, a ruch samochodowy jest

jakby trochę niedzielny. Znowu ciepło. Staram się nie schodzić poniżej 600m

, ale nie łatwo znaleźć kolejny ciepły wznoszący się prąd powietrza. Kilka

minut niepewności i znowu to przyjemne szarpnięcie. Centruję i jazda w górę.

Jestem już dużo spokojniejszy i mogę pozwolić sobie na podziwianie widoków.

Co jakiś czas słyszę w radiu głos Pawła, który zagrzewa mnie do walki. Ja

mam zwykłą antenę w swoim Maycomie i to co nadaję jest połowicznie odbierane

w Białymstoku, ale i tak jestem zadowolony, że ma tak duży zasięg. Kilka

razy rozmawiając gubię noszenie i zaczyna się wężykowanie. Gdzie ono było?

Wyobraźnia przestrzenna pochłania naprawdę dużo uwagi. Staram się jak

najmniej gadać. I znowu zimno, a po lewej stronie widzę wreszcie asfaltówkę

na Lublin. Wykręcam prawie podstawę, a palce u rąk aż bolą z zimna. Kierunek

mam idealny, lecę z wiatrem i z chmurą która ciągle daje noszenie. Wciskam

speeda , łapy w górę a mimo to ciągle jakieś +0.5 m/s. Pode mną szosa, ruch

jak należy, czyli samochód za samochodem, poznaję nawet stację benzynową.

Jest dobrze. Po kilku minutach wypadłem spod chmury i ogrzewam się w

promieniach słońca, bardzo przyjemna sprawa. W takich chwilach nie myśli się

o zimnie. Skoro komin jest już za mną, a cumulus dosyc daleko jestem pewien,

że będzie ostra jazda w dół. Rozglądam się i szukam mocno kontrastowych

miejsc takich jak lasy lub ciemne suche pola. Kierunek szary placek na ziemi

otoczony zielonymi polami. Zbliżam się i znowu szarpnięcie tym razem ostre.

Nade mną błękitne niebo, ale cos szarpie, zakręcam i znowu ostry strzał

mocno porwany. Szukam go i nagle z zerka podrywa mnie, a na wario trója z

hakiem. Trafiłem na wąską tworzącą się termę, chmurka ma zamiar dopiero

powstać, powstają pierwsze obłoczki. Zakładam ostre krążenie i mam co robić

bo komin jest wąski i dosyć mocno trzepie. Na wario +5,5m/s ale jak trochę

odpuszczam próbuje podwijać skrzydło i oto jest pierwsza klapa. Łapa w dół

i znowu jest wszystko ok, trzymam więc ciasne krążenie i jest coraz

ciekawiej. Wario szaleje jest już ponad 6m/s. Czym wyżej tym mniej telepie i

można odpocząć. Znowu wysoko i baranek już wisi nade mną. Widoczki piękne na

skali jakieś 1700m i rośnie. Przede mną na horyzoncie maluje się Bielsk

Podlaski. Czas na speeda, ale spokojnie chcę trochę polatać na boki i

pooglądać otoczenie. Zastanawiam się gdzie lecieć jak przekroczę miasto. Ale

spoko mam jeszcze czas na razie zobaczmy co słychać na dole. Odpuszczam

speeda i wychylam się do przodu żeby uprząż nie zasłaniała mi ziemi. Na dole

ludzi prawie nie widać, krowy na polach wyglądają jak stonka ziemniaczana ,

cała masa ścieżek i polnych dróg. Szukam punktów niebezpiecznych, linii

energetycznych, płotów itp. Powiem szczerze z wysokości kilometra widać

tylko słupy i to te największe, można się domyśleć że gdzieś tam są druty.

Miło jest się zrelaksować podziwiać otoczenie i słuchać szumu wiatru. I

znowu coraz cieplej i nisko. Wykręcam kolejny komin, Bielsk jest coraz

bliżej, szkoda że nie mogę wyjąć aparatu fot. z kurtki, bo zamek zepsuł się

przy dopinaniu. Jak go rozepnę to epoka lodowcowa na pewno mnie dopadnie.

Tak więc fotek nie będzie. Wysokość ok. 1200m i czas przelecieć nad całkiem

pokaźnym miasteczkiem. W dalszej drodze wioski są rozrzucone coraz bardziej

i zastanawiam się nad możliwością powrotu. Sam nie wiem czy lecieć dalej.

Zmarznięty i głodny waham się nad decyzją. Aaaaaaaa jednak lecę dalej.

Jestem już na 400 i nie łatwo będzie się wygrzebać z tej wysokości. Szukam

komina. Mam. Trochę dziwny, może to tylko bąbel. I nagle dzwoni telefon, mam

podłączony zestaw słuchawkowy więc odbieram i wcale nie pomaga mi to w

centrowaniu. Na wario 300 trochę się pogubiłem i nie wiem gdzie jest

noszenie. Szosa blisko, to co może nosić przesuwa się w stronę lasu, sam nie

wiem co mam robić. Czas na decyzję. Ląduję.......... robię kilka wingoverków

i ląduję blisko szosy. Koniec lotu jakieś 5 km za Bielskiem. Trochę

zdrętwiały, ale szczęśliwy zwijam glajta stojąc na zaoranym polu.

Lepiej żeby właściciel nie widział. Ale już ktoś biegnie. Ciekawe czy z kosą, czy z

dobrym humorem. Spoko, facet jest miły i po krótkiej rozmowie zaprasza na

kawę do swojego zajazdu tuż obok. Bardzo miły dzień, pokaźny przelocik, mili

ludzie, to jest to czego życzę każdemu glajciarzowi. Wszystko ułożyło się

super, po dorobnym posiłku i kawce znajomy Zbyszka, właściciela zajazdu -

Tomek podwiózł mnie do miasta na dworzec PKS. Autobus odjeżdżał za chwilę i

o 16 godz. byłem w Białymstoku. Teraz tylko odebrać samochód z lotniska.

Sam lot trwał 2godz 14min najwyższy pułap 1757m. , suma przewyższeń ponad 6000m.